Wpław Po Rekord 2021

22 sierpnia, 2021

Decydując się do ponownego podjęcia rękawicy na Mazurach byłem świadom ryzyka. Niepewna pogoda, wąskie możliwości sterowania terminem startu i generalnie chłodna woda jak na tak długi pływanie. Mówiąc w skrócie wiedziałem, że przyjdzie jednocześnie stoczyć walkę z 170 kilometrami i Mazurami. Może więc sobie zadać pytanie:
Dlaczego Mazury?
Mają one w sobie coś tak niesamowitego, że ciągnę w ich stronę jak ćma do światła. Na początku tegorocznych przygotowań zadałem sobie proste pytanie: „Czy jeśli trafię na warunki takie jak w 2019 roku to czy dopłynę do mety?” Tak, dopłynę. Jestem na to gotowy.
Do startu został tydzień. Woda na Mazurach 21-23°C. Musimy podjąć decyzję.
Ruszamy 16.08.2021!
Im bliżej startu tym gorzej to wygląda. W poniedziałek po południu mogą pojawić się burze. Musimy zrobić wszystko, żeby jak najszybciej znaleźć się za Niegocinem (35 km trasy). Tam mamy szansę przetrwać gorszą pogodę.
Wchodzę do wody o 5 rano. Przy brzegu 18,9°C, zimno. Pierwsze 200 metrów to spacer w wodzie po kolana. Ostatnie 3 głębokie wdechy i ruszam. Już na pierwszym kilometrze pojawia się fala🌊. Najczęściej prosto w twarz, czasem lekko z lewej. Trudno, bierzemy to na klatę.
Pierwsze wysp na jeziorze Mamry. Chwila spokoju od fal w ukryciu za brzegiem. Pełen nadziei, że po opłynięciu wysepek będzie lepiej ruszam dalej.
Jest gorzej, fala się wzmaga🌊, nawet małe jezioro Kirsajty faluje🌊. Pierwszy cel według planu to pojawić się kwadrans po 13stej przy moście obrotowym w Giżycku. Pomimo dużo mocniejszego płynięcia(niż w planie) cel ten zaczyna być coraz mniej osiągalny. Pocieszam się myślą „przynajmniej w kanale Łuczańskim nie będzie fali”. Rzeczywiście fali nie było, ale całe 2 kilometry czułem się jak w rzece pod prąd.
24 kilometr, 2 godziny opóźnienia względem planu, a ja po rękach czuję, że to nie było spokojne i luźne płynięcie.
Wyjście z kanału na Niegocin szybko oderwało mnie od myśli. Co tu się dzieje! Jakaś masakra! Zimno, duża fala🌊🌊 z każdego kierunku odbijająca się od brzegów. Trzymam się motywacji – 10 kilometrów do kanału Kula, potem już musi być spokojniej.
Wpływamy do kanału Kula i… Jest! Ciepła woda. Wracam do gry. Pierwsza noc zapowiada się bardzo dobrze. I taka w rzeczywistości była. Z powodu awarii houseboat’a całe zaplecze logistyczne musiało przejść w awaryjny tryb pracy. Z tego właśnie powodu brakuje nocnych relacji i wpisów😞. Dla mnie jako pływaka nie miało to aż tak dużego znaczenia. Dużo bardziej ucierpieli kajakarze, którzy spodziewali się 2 godzinnej zmiany, a zostali przy mnie na ponad 11 godzin💙. Opóźnienie względem planu ciągle się utrzymywało, ale przestało się powiększać, a ja z kolei czułem się coraz lepiej.
Jezioro Tałty i Mikołajskie miały służyć jako miejsce odpoczynku przed wypłynięciem na Śniardwy. Za Mikołajkami, pojawił się pierwszy poważny kryzys. Zacząłem bez przerwy wymiotować i walczyć z refluksem. Kosztowało nas to dodatkową godzinę opóźnienia, ale problem udało się zminimalizować. Ruszamy dalej. Wpływając na Śniardwy przywitał nas zachodni wiatr, który z czasem przekształcił się w południowy. To co o wiele ciężej jest wytłumaczyć to jak zachowywały się prądy. Do ich tematu za chwilę wrócę, a na tu i teraz pozostańmy przy informacji, że robiąc wszystko co mogę i tak bardzo mocno przez nie zwolniłem. Do wyspy Czarci Ostrów niewiele nam zostało, potem skręcamy w “lewo” i będziemy płynąć z bardzo silną falą 🌊 (było aż widać jak się ona kładzie i szybko niesie do przodu). Nareszcie coś nadrobimy!
Tutaj na chwilę muszę przerwać ten opis i jedną rzecz dużo dokładniej wytłumaczyć. Nigdy w swojej 9 letniej karierze pływackiej nie spotkałem się z prądem na jeziorze (nie mylić z falą), którego dobry pływak nie jest wstanie pokonać. Tak, wtorek 17.08.2021 był dniem, w którym nie dało się płynąć pod prąd na jeziorze Śniardwy.
Perspektywy kajakarzy
Fala niesie kajak w kierunku północno-wschodni i płynie on praktycznie sam.
Z perspektywy pływaka
Płynąc przez liczne wypłycenia widzę dno (max 2m głębokości) i pęd drobinek w wodzie w kierunku dokładnie odwrotnym do kierunku fali (choć kierunek ten co chwilę się zmieniał z uwagi na ukształtowanie dna). Pęd na tyle silny, że miejscami nie byłem wstanie się przebić choćby kilku metrów do przodu (pomimo fali, która mnie pchała)! W takiej sytuacji zmieniałem swój kurs płynięcia o 45° lewo/prawo, by ominąć wypłycenie i spróbować obok przebić się kolejne metry do przodu. Jeżeli zatrzymywałem się na minutę (żeby coś zjeść), to kajak poruszał się w stronę północną, a pływak cofał się kilkadziesiąt metrów w tył trasy.
Tak właśnie wyglądało ostatnich kilka godzin na Śniardwy. Na tracku tego nie zobaczycie (spot znajdował się na kajaku), który czekał w miejscu gdy pływak zygzakował lewo prawo, żeby zdobyć dodatkowych kilka metrów.
To nie są warunki, w których można przepłynąć 170 kilometrów. Mieliśmy przepłynięte niecałe 75 kilometrów, a po ostatnich kilku godzinach walki na Śniardwy byłem doszczętnie zmęczony. W wodzie znajdowałem się już ponad 35 godzin. Według planu powinniśmy być już za połową trasy i gdyby tego dnia pogoda była spokojniejsza to rzeczywiście tam byśmy byli. Nie możliwym jest przepłynąć 170 kilometrów w ~72 godziny, jeśli do połowy trasy tym tempem dopłyniemy koło 45-50 godziny (a zafalowanie i prądy ciągle się wzmagały).
To był koniec. Do tego momentu walczyłem z całych sił. Nie bawiłem się w oszczędzanie sił na potem. Oddałem wyższość przyrodzie🌊💨🏊. Stoczyłem z nią zdecydowanie najcięższą walkę w życiu. Czy mogłem popłynąć trochę dalej: do wyniku sprzed dwóch lat 77,5 km?, do Okartowa 86 km?, wrócić do Mikołajek 110 km? Przypuszczalnie tak, ale o płynięciu dalej mowy być nie mogło. Wiązałoby się to na pewno z poważną dewastacją organizmu, a być może przepłynięcie nawet tych brakujących kilku kilometrów nie byłoby możliwe. Nie widzę w tym sensu, jeśli cel (przepłynięcie 170 kilometrów) na 100% był już poza zasięgiem.
Koniec. Wychodzę z wody. Wściekły na niesprawiedliwość z jaką przyszło mi się zmierzyć.
+ Pierwsze 22 kilometry do Giżycka pod falę.
+ 2km kanałem Łuczańskim pod silny prąd.
+ Kolejne 11 znów pod falę.
+ Noc w dobrym tempie i złapanie odrobiny tchu.
+/- Kryzys z żołądkiem między Mikołajkami a Śniardwy. (zmarnowana godzina).
+ Bardzo ciężkie 7 kilometrów walki na Śniardwy do Czarci Ostrów.
+ Ostatnie godziny zmagań walczyłem ile tylko miałem sił.
x Ironia tego sportu polega na tym, że to nie ma znaczenia. Liczy się dystans. Takie są zasady.
Uwag kilka:
  •  Ostatnie godziny i kilometry na tracku nie oddają rzeczywistego kursu i tempa w wodzie. Mój rzeczywisty kurs przypominałby kolorowankę 3 letniego dziecka. Czasem w lewo, czasem w prawo, trochę do przodu, trochę w tył i to wszystko na obszarze 1km kw.
  • Z powodów bezpieczeństwa na wodzie, gdy warunki na wodzie zaczynały się robić bardzo złe nie robiliśmy zdjęć / nagrywaliśmy relacji. To co udało nam się uchwycić na filmie z ostatnich godzin postaramy się złożyć i udostępnić w filmie z przeprawy.
  • Z jednej strony jestem wściekły na pecha (tak, ta pogoda to był pech. Było znacznie gorzej niż wskazywała na to prognoza pogody.) Z drugiej jednak pierwszy raz w życiu czuję, że byłem prawidłowo przygotowany na tak długie pływanie. Obecnie nic mi nie jest, czuję się dobrze. O poważniejszych kontuzjach czy rehabilitacji nie ma mowy.
  • Podejmuję rękawicę jeszcze raz. Gdzie, kiedy i w jakiej formie zobaczymy za jakiś czas. Dwie rzeczy są pewne:
  • Tak, przepłynę w życiu ponad 170 kilometrów.
  • Tak, przepłynę całe Mazury zaczynając na Mamry, a kończąc w Okartowie.
Pora przemyśleć dalsze działanie. Jestem gotowy przygotować się jeszcze lepiej, by znów zmierzyć się z przepłynięciem 170 kilometrów!

Proponowane wpisy:

Tytuł

Przejdź do góry